Noc była wyjątkowo chłodna, jak na środek lipca. Mroźne powietrze wślizgiwało się, przez wybitą szybę na parterze. Wiatr świszczał, oplatając zeschłe konary sędziwych drzew, które chwiały się niebezpiecznie. Co jakiś czas, jedna z rozpostartych gałęzi ugodziła w stare, zniszczone okna, trzymające się 'na słowo honoru'.
Wszystko ucichło.
Już nie było słychać świstów, wycia wiatru, drapania suchych gałęzi. Niczego. Chłód także opuścił to miejsce, jak gdyby ktoś wyciągnął wielki korek i spuścił wodę z wanny. Nadchodził ranek... Granatowe niebo ociągało się, aby ustąpić miejsca słońcu, które równie leniwie wschodziło coraz wyżej, rozsiewając w każdy zakątek swój rześki promień. Do połowy zbita szyba, resztkami szkła dumnie odbijała światło. Cisze spokojnego, letniego poranka przerwał pewien dźwięk – śpiew ptaka. Zdawałoby się, że wychwala ów poranek, jakoby to było coś niezwykłego. Tak, to zapewne było coś niezwykłego. Jednak nie dla nas. Dla nas to zwykły wschód słońca – jeden z 365 w roku. Każdy taki sam, bez względu na miejsce. Nie ma symbolicznego, jak chociażby zwalczenia zła przez dobro. Tylko dlaczego noc jest zawsze tą złą? Może to ona w swych ciemnościach ukrywa nas, dzięki niej możemy być niewidzialni, lub być kimś zupełnie innym. Dlaczego nikt nie zastanowi się, co tak naprawdę kryje dzień? Jaką jest maską? Co próbuje nam przyćmić? Może jesteśmy zbyt leniwi aby się nad tym zastanowić. Czy będziemy musieli ofiarować coś w zamian? Czy...
-Wstawaj – rozkazał szorstki, obojętny wszystkiemu, męski głos. Był to ten sam dupek, którego poznałam dwie, na pozór długie (choć przeminęły w błyskawicznym tempie) doby temu.
Stał oparty o szeroko otwarte, tylne drzwi od strony kierowcy swojej terenówki. Przeciągnęłam się leniwie na siedzeniu – sztywna z zimna, które postanowiło ani trochę mnie nie oszczędzać tej nocy. Z dwojga złego lepsze chyba było marznięcie w samochodzie, niż spanie w tej ruderze. Lewą ręką odgarnęłam z czoła zasłonę, którą tworzyły, ułożone w porannym nieładzie, włosy. Będąc wciąż w stanie lekkiego wybudzenia (jeśli chodzi o to, można spokojnie posługiwać się hasłem „otępienie”) zmrużyłam jedno oko, chcąc zobaczyć komu życie niemiłe. Nie było nawet co się zastanawiać. Dałabym obciąć sobie rzęsy, że w promieniu przynajmniej 50 km nie było żywej duszy. A przynajmniej żadnej rodziny, która przyjechałaby tu na uroczy biwak w cieniu sosen. Nikogo, kto późnym wieczorem zapaliłby ognisko pod rozgwieżdżonym niebem i fałszował stare piosenki o miłości. Chwila moment, to miejsce było zupełnym odludziem – nawet nie było widać gwiazd. To dlatego nikogo tu nie ma...
-Czego chcesz...? - mruknęłam, zasłaniając z powrotem oczy dłońmi. Słońce paliło mnie w twarz, a ja miałam ochotę uciec z tego samochodu i biec jak najdalej się dało. Co ja tu właściwie robię? Czego On ode mnie chce? Fakt, uratował mi życie, bo gdyby nie on już dawno leżałabym martwa w tym starym magazynie. Z drugiej strony, gdyby chciał mnie sprzątnąć zostawiłby mnie tam, albo zrobiłby to dwa dni temu, zaraz po tym swoim heroicznym czynie. Chwilę zajęło mi, żeby zebrać w sobie na tyle silnej woli, aby podnieść się do pozycji siedzącej.
James stał nadal nieruchomo, wpatrując się w dal, nieskonkretyzowaną, gdzieś za nami. Przez dłuższą chwilę milczeliśmy oboje, jakby jedno czekało na odezwę drugiego, a raczej tylko ja. On zdawał się wcale mnie nie widzieć, zamarł w jednej pozycji. Przez moment nawet pomyślałam, że jakbym kopnęła go w tyłek, upadłby twarzą na ziemie i nic by nie zauważył.
-Przesiądź się do przodu. Nie mamy czasu, jeśli chcemy zajechać przed zmrokiem – powiedział wreszcie.
Trzasnął drzwiami i za chwilę pojawił się na miejscu kierowcy. Ja tymczasem wygramoliłam się z tylnego siedzenia, o mały włos unikając uderzenia się w głowę. Zwykle wychodziło mi to dużo lepiej. Popchnęłam za sobą drzwi, które tylko cicho klapnęły. Rozejrzałam się dookoła. Nic się nie zmieniło od wczoraj, bo niby co. Ta sama obdrapana elewacja, dogorywający płot, pochłaniane przez rdzę samochody, śmieci, zeschnięte gałązki, które może kiedyś były pięknym, zielonym, zdrowym żywopłotem. Ciekawe czemu popadło to w taką ruinę?
Dziś byłam ledwie żywa – w nocy nie mogłam zasnąć. Całą noc rozmyślałam: O Louisie; o tej akcji; o tym, kim naprawdę jest James; o tym, do czego jestem mu potrzebna, skoro zdecydował się mnie zabrać; co ja tu robię? No właśnie... Tu, to znaczy gdzie? Kompletne pustkowie, w środku lasu?
Kolejny natłok, krzyczących mi w głowie, myśli przerwało kliknięcie schowka, znajdującego się naprzeciwko moich kolan. Długa, lekko zarysowana mięśniami, które było widać przez opinającą się ciasno czarną koszulkę, ręka Jamesa, sięgnęła po okulary przeciwsłoneczne.
-Dokąd jedziemy? - spytałam, zapinając sobie pas. Po ostatniej przejażdżce tą czynność mam już dobrze wbitą do głowy. Pamiętajcie, zawsze zapinajcie pas, bo nigdy nie wiadomo kto będzie kierowcą. Nie bardzo liczyłam też na odpowiedź.
Mężczyzna przycisnął jednocześnie dwa guziki, otwierając przednie szyby i oparł o drzwi lewy łokieć.
-Do piekła – odpowiedział, przekręcając klucz w stacyjce.
-Bardzo śmieszne – mruknęłam pod nosem, odkręcając się w stronę otwartego okna.
Jechaliśmy bardzo długo. Oglądałam migające mi przed oczami wysokie drzewa, ale po pewnym czasie poczułam, jak robi mi się niedobrze. Poprawiłam się na siedzeniu i wycelowałam wzrokiem w Jamesa. Przez trzy godziny, zdawałoby się, nawet nie drgnął. Cały czas siedział trzymając prawą rękę na połyskującej, czarnej kierownicy; lewy łokieć oparty nonszalancko o drzwi a raczej miejsce, gdzie powinna być, ukryta teraz szyba. Jego płomieniste włosy mieniły się w południowych promieniach słońca. Jego martwy wzrok (jak się domyślałam) cały czas patrzył przez ciemne okulary na drogę, zdającą się nie mieć końca. Jechaliśmy bez ani jednej mapy, GPS, czy czegokolwiek, co miałoby nas zaprowadzić do celu. A dlaczego?
Otóż, on dobrze wiedział dokąd jedziemy.
***
James przerwał głuchą ciszę, splecioną ze stłumionym warkotem silnika i szumem powietrza , wwiewającego przez okna, włączając radio. W tym czasie zdążyło mi się trochę przysnąć, zważywszy na fakt, że normalnie nie wstaje o tak wczesnej godzinie. Akurat leciały wiadomości, a w nich główny raport o morderstwie znanego przedsiębiorcy, którego ciało znaleziono w opuszczonej hali towarowej.
Mówiła dla was Denise Walker, prosto z Nowego Jorku, a my przenosimy się z powrotem do Toronto. Rośnie zapotrzebowanie (…)
Dalsza część wiadomości przemknęła nieopodal mojego ucha, nie doczekawszy się z tej strony zainteresowania.
-Czy my jesteśmy w Kanadzie? - spytałam, choć znałam już odpowiedź. James uznał to za zbędne, więc nie wysilił się zbytnio, żeby cokolwiek powiedzieć.
Przez następne godziny nie rozmawialiśmy w ogóle. Od tego czasu zdążył mi nawet zdrętwieć język.
Nagle przyszło mi do głowy pytanie, którego nie wiedzieć czemu nie zadałam wcześniej.
-Jak przekroczyliśmy granicę? Przecież nie mam ze sobą paszportu. - spytałam, mimowolnie marszcząc przy tym czoło. Na pewno minęliśmy ją, kiedy spałam, jednak wciąż nie wiedziałam jak przepuścili MNIE. Może już nigdy nie doczekam się odpowiedzi...
Znudzona i zmęczona rozejrzałam się leniwie po wnętrzu auta. Spowite było czarną, skórzaną tapicerką. Co dziwne, w środku było idealnie czysto. Udając, że nie robi to na mnie żadnego wrażenia odwróciłam się znowu w kierunku okna. Chwilę potem poczułam wibrujący
telefon w kieszeni spodni. Sięgnęłam do środka, żeby go wyjąć. Wyświetlacz szalał. Na zmianę pokazywały się komunikaty:
Masz 14 nowych wiadomości na poczcie głosowej
6 wiadomości SMS
28 nieodebranych połączeń
Nerwowo nacisnęłam zieloną słuchawkę, łączącą z pocztą głosową. Wszystkie pochodziły od jednego nadawcy. Od Louisa. Usłyszałam krótki sygnał, po czym włączyła się pierwsza z wiadomości.
-To ja – Louis. Gdzie ty się do jasnej cholery włóczysz!? Byłem w twoim domu i co? Nie ma Cię. Po co ja dzwonię... Pewnie już nie żyjesz. Wiedziałem, że się nie nadajesz. Nie powinnaś była iść sama. Gdybyś jednak jakimś cudem ocalała i słuchała mojej wiadomości, to chciałem Ci tylko powiedzieć, że Will się niepokoi.
-Tak, jakimś cudem... - powtórzyłam sama do siebie. W jednej chwili cały autorytet, jaki miałam w swojej głowie, Louisa legł w gruzach. A wszystko przez to jedno, niewinne zdanie „wiedziałem, że się nie nadajesz”. Czułam jak ręka zaciska mi się na komórce, mało co nie zgniatając jej jak papierowy kubek po kawie. Zacisnęłam zęby, spojrzałam na wyświetlacz. Usunęłam wszystkie zalegające wiadomości, nieodebrane połączenia, numer Louisa... Choć może to zbyt pochopne.
James udawał, że nic go to nie obchodzi, ale i tak wiedziałam, że jest mu całkiem wesoło z tej sytuacji. Zapewne wszystko słyszał, było dosyć cicho, a my przecież nie rozmawialiśmy. Ciekawe, czy wiedział kim jest Louis? Spytam go, kiedy będzie bardziej skory do odpowiadania na pytania.
W pewnym momencie w twarz uderzyło mnie rześkie, chłodne powietrze. Już je znałam...Byliśmy nad morzem. Pomyślałam, że nie takie to piekło straszne, i że chętnie tu sobie zostanę. Jednak jechaliśmy nadal, a droga ciągnęła się nam jak guma balonowa.
-Nogi mi zdrętwiały, zatrzymaj się – powiedziałam.
W tej samej chwili rozpędzony do ok. 180 km/h samochód gwałtownie zahamował (dlatego trzeba zapinać pasy). James wykonał ten manewr z zimną krwią – jak zawodowiec. Widać, miał pewnie dużą wprawę w takich rzeczach. Gdyby nie pas, zapewne, marnie skończyłabym na jezdni.
-Jak sobie życzysz – rzucił, odpinając pas i wysiadając z auta, które zostawił na drodze.
Osłupiała, zdawałoby się, mechanicznie odpięłam swój pas, otworzyłam drzwi i wyszłam z samochodu.
Zatrzymaliśmy się przy parku. Choć był idealnie zadbany, to nie było tu żywej duszy. Całe miasto było dziwnie... uśpione. Malownicze miasteczko, usypane domami z białego drewna; wysokich, potężnych sosen i świerków; łódek stojących na plaży, było zupełnie puste. Jakby ludzie bali się wychodzić ze swoich idealnych domów.
-Długo jeszcze? Po co my w ogóle tam jedziemy? Dlaczego zabrałeś mnie ze sobą? - Pytania, na które wcześniej nie dostałam odpowiedzi, nachalnie cisnęły mi się na usta.
Staliśmy tak oboje, oparci o maskę samochodu. James zdjął okulary i spojrzał na mnie swoimi szaro-błękitnymi oczami.
-Nie, już niedaleko. Kilka minut – Urwał na chwilę – Po co? Myślę, że dobrze wiesz, tylko nie chcesz dopuścić do siebie tej myśli – Powiedział tym razem łagodnie, lekko.
O czym on mówił? Czego niby uświadomić?
-W takim razie, jedźmy już – stwierdziłam i usadziłam się ponownie na fotelu.
James zrobił to samo.
Faktycznie, nie minęło 10 minut, a znaleźliśmy się w …
PIEKLE
***
Tak, to było najgorsze miejsce na ziemi jakie widziałam. Szare, ponure... Zupełnie inne niż ta śliczna, nadmorska, uśpiona mieścinka.
Jechaliśmy ciemną ulicą, wzdłuż torów kolejowych, po których co chwilę przesunęła ciężka, stara i zniszczona kolej. Miasto spowił półmrok. Było koło siódmej wieczorem. To wspaniałe słońce właśnie chowało się z powrotem, zostawiając mnie tu samą. Uliczne latarnie rzucały blade światło na ulicę, pomrugując sporadycznie. Po obydwu jej stronach migały neony barów, klubów ze striptizem. Po chodnikach przechadzały się prostytutki z papierosami w dłoniach. Gdzieniegdzie widać było mężczyzn w zaułkach, bezdomnych... Nastolatki ze skrętami, dilerzy – nikt tu się nie chował. To było ich miasto.
- Witaj w domu, Sussanne.
***
Granitowe BMW zatrzymało się pod barem. Czerwone neony rozświetlały szarą ulicę, na której nie można już było dostrzec żadnej osoby. Zapewne większość siedziała w środku.
-Jesteśmy na miejscu – odezwał się James, wyciągając klucz ze stacyjki.
Odpięłam swój pas, nacisnęłam klamkę i wyszłam z samochodu. Na zewnątrz wiał chłodny wiatr, gwiżdżąc przy tym przeróżne, nawiedzone melodie. Z baru dobiegały stłumione wrzaski pijanych mężczyzn, grających w bilard, przerywane przez odgłosy tłuczonego szkła i łamanych krzeseł.
Chwilę później James stał tuż obok.
-Ostatnie piętro – rzucił, skinając głową w górę.
Nad barem mieściło się kilka pięter mieszkalnych. Zapewne dosyć ekskluzywnych. W każdym z apartamentów tętniło jeszcze życie. Z okien błyskały światła, rzucane przez włączone ekrany telewizorów, bądź lampy. Powoli ruszyłam za Jamesem, w kierunku wejścia. Przeszliśmy długim, burgundowym korytarzem, na końcu którego była winda. James nacisnął guzik na ostatnie piętro. Na górnym korytarzu uderzył mnie zapach (a raczej smród) dymu z papierosów, piekących w nos perfum i whisky. James podszedł do drzwi – jedynych na korytarzu, i zapukał. Otworzyła mu długowłosa blondynka. Wyraźnie ucieszyła się z jego wizyty. Byłam prawie pewna, że ma łzy w oczach. Po chwili zastanowienia, uporządkowała myśli i otworzyła szybko drzwi na oścież. James wszedł do środka – jakby był u siebie w domu – kto wie, może był? Podążyłam tuż za nim, rozglądając się po ścianach. Było całkiem nowocześnie, zapewne urządziła to kobieca ręka.
Zatrzymaliśmy się przed czarną, skórzaną, pikowaną kanapą, na której siedział ciemnowłosy mężczyzna. Miał bardzo wyraźne rysy twarzy, lekko zapuszczoną, wyregulowaną bródkę. Moją uwagę przykuły jego włosy. Były zaczesane zadziornie na lewą stronę, przy czym z drugiej lekko przystrzyżone.
-To ona? - spytał mężczyzna, podnosząc się z kanapy. Blondynka stała oparta o ścianę, przyglądając mi się uważnie. Lustrowała każdą część mojego ciała. Strasznie mnie to denerwowało, uciekłam wzrokiem do James'a, który szybko i cicho mówił coś do nieznajomego. Mężczyzna nagle uniósł się z miejsca i skierował wzrok w moją stronę. Nie tylko on, byłam w centrum każdego z nich.
-Jestem Elliot – przedstawił się, uśmiechając łobuzersko. - Cieszę się, że ją przyprowadziłeś – zwrócił się do James'a, który tylko skinął głową w podzięce.
-Eeem, Sussanne – powiedziałam, nie wiedząc zbytnio jak mam się teraz zachować.
Elliot uśmiechnął się szeroko
-Ah, tak, Sussanne. To Madeleine – pokazał na długowłosą blondynkę, stojącą w koncie.
Ta uśmiechnęła się nieśmiało, jakby z lękiem.
-Cieszę się, że wróciłaś – wykrztusiła.
Machine For Killing
piątek, 6 sierpnia 2010
środa, 28 lipca 2010
Rozdział III - BEZGRANICZNE ZAUFANIE
- Parszywa pogoda – myślałam wchodząc w jedną z bocznych uliczek. Powiewał lekki wietrzyk, a mimo to było niesamowicie zimno. Podsunęłam suwak pod samą szyję i wcisnęłam zmarznięte dłonie w kieszenie kurtki. Szłam szybko powtarzając sobie w myślach, że za godzinę będę już w domu i że to nic wielkiego. Mimo wszystko moja podświadomość mówiła mi, żebym zawróciła. Uciekła? Nie, to nie w moim stylu. Zawsze uważałam, że uciekają tylko Ci, z którymi los nie obszedł się zbyt łagodnie, i którzy bali się świata. Nie dzisiaj. Chciałam mieć to jak najszybciej za sobą. Była dwudziesta pierwsza trzydzieści, niebo przysłoniły ciemne chmury. Jedynym źródłem światła, były uliczne latarnie, w których żarówki ledwo jeszcze oddawały jakikolwiek strumień światła.
- To chyba tu - powiedziałam sama do siebie i wyciągnęłam z kieszeni kurtki wymiętą kartkę. Zerknęłam na nią, porównując napis z tabliczką widniejącą na starym, zapewne opuszczonym magazynie. Przeszłam przez dziurę w płocie i udałam się w kierunku masywnych drzwi. Ku mojemu zdziwieniu były otwarte. Czyżby na mnie czekali? Myślałam, że wszystko jest dobrze zaplanowane. Raz, dwa i będzie po sprawie. Potem tylko jeszcze nagłówek w podrzędnej gazecie o kolejnym morderstwie w NYC. W zasadzie nikt się tym już nie interesował. Nowy Jork, to miasto opuszczone przez Boga. Codziennie kogoś gwałcą, zabijają, porywają, ale dla nas to już rutyna. Peter, bo tak się chyba nazywał właściciel tego blaszanego syfu, miał być o tej porze w kasynie, jak co tydzień w piątkowy wieczór. Weszłam w głąb budynku, oświetlając sobie drogę latarką. Moim celem była pewna teczka. Nawet nie wiedziałam co w niej jest. Poczułam czyjś oddech na ramieniu. Stałam nieruchomo przez dobre dziesięć sekund. Myślałam, że będzie czysto. Niespodzianka, Sussanne.
- Zapewne Peter. Jak miło Cię widzieć. – Rzuciłam, starając się ukryć nerwowość mojego głosu. Serce waliło mi jak oszalałe, a poziom adrenaliny skutecznie przysłaniał pracę mojego mózgu.
- Zapewne Sussanne. Wiesz, czekałem na Ciebie. – Powiedział wprost do mojego ucha. Sekundę potem stał już przede mną. Chwyciłam go za kołnierz śnieżno-białej koszuli i przysunęłam pistolet w okolice jego żołądka. Miałam świadomość tego, że jeśli ja go nie sprzątnę, to on mnie. Wybacz, Peter, ja chcę jeszcze pożyć.
- Tak.. Chętnie bym sobie pogadała, ale mam interes, a ty mi go nie ułatwiasz. – pokręciłam głową, wzdychając cicho. – Miło było Cię poznać – dodałam.
- Nie, Sus. Tak się nie bawimy – wytrącił mi z dłoni pistolet i jednym ruchem ręki przewrócił na ziemię. – Tutaj panują moje zasady. Chyba nie myślałaś, że dam Ci zabrać coś tak cennego? – mruknął pochylając się nade mną i przyciskając moją szyję przedramieniem.
- Nie wiesz, do póki nie spróbujesz – wydusiłam odpychając go z całej siły. Nie dał za wygraną. Tym razem zacisnął dłonie wokół mojej szyi. Szamotaliśmy się jeszcze jakiś czas. Nie miałam szans, był dużo silniejszy. Jego dłonie coraz mocniej oplatały moją szyję odcinając dopływ powietrza. Czułam rozrywającą pustkę w płucach. W jednej chwili ciało Petera osunęło się bezwładnie na moje kolana. Krew cieknąca z rany postrzałowej potylicy, krwawiła mi spodnie. Siedziałam oniemiała. Kto miałby mnie uratować? Przez myśl przemknął mi Louis, jednak to nie był on…
- Wstawaj! Nie mamy czasu! – rozkazał nieznajomy, męski głos.
- Kim do cho… - nie zdążyłam dokończyć. Poczułam jak coś szarpnęło moją ręką, podrywając mnie do góry. Chwilę później biegłam. Nie wiedziałam gdzie. Prowadziła mnie dłoń nieznanego mi mężczyzny. Wybiegliśmy na zewnątrz. Chłopak wepchnął mnie do BMW w kolorze granitu, stojącego na ulicy, a sam zajął miejsce kierowcy.
Teraz mogłam mu się lepiej przyjrzeć. Był szczupły, na oko koło dwudziestu pięciu lat. Ruda grzywka opadała mu na błękitne oczy. Twarz miał chudą, łyżkowatą z nieco kamiennym wyrazem.
- Możesz mi wytłumaczyć co się dzieje? Kim ty w ogóle jesteś? – zaczęłam pytać, nieświadomie marszcząc czoło.
- James. – rzucił, gwałtownie skręcając w lewo, co spowodowało, że wylądowałam na szybie. – Może tak jakieś hm, dziękuje? W końcu gdyby nie ja, już leżałabyś martwa. – dodał, zerkając na mnie ukradkiem.
- Sama dałabym sobie radę! Nie potrzebowałam twojej pomocy supermenie! – Warknęłam. W tym samym czasie zapięłam pas, nie miałam zamiaru zginąć na którymś z zakrętów.
- Widzisz Sussanne, mamy ze sobą wiele wspólnego – Czułam się jak bohaterka „Pokoju 6” – Przestałaś być bezinteresowną maszyną do zabijania. Na twoim miejscu uważałbym na słowa. Gdybyś trzymała język za zębami, nie szukałaby cię nowojorska mafia.
- Skąd to wszystko wiesz? Dokąd mnie wieziesz? Wysadź mnie, poradzę sobie. – zażądałam.
- Wiem więcej niż Ci się wydaje. Mam zamiar Ci pomóc. – powiedział. Jego twarz wyglądała teraz tak poważnie. – Już jesteśmy- oznajmił
Wjechaliśmy na parking jakiegoś małego, przydrożnego moteliku. Stare, stalowe tablice wyżerane powoli przez korozję. Na parkingu stały zaledwie dwa samochody, biorąc pod uwagę, że zmieściło by się na nim 150 aut, wysnułam wniosek, że nie cieszy się popularnością.
- Nie mów, że będziemy tu spali – skrzywiłam się na widok zaniedbanego budynku. Ostatnią rzeczą jaką chciałam zrobić, było spanie w przydrożnym zajeździe dla pijaków.
- Nie powiem – wyprzedził mnie kierując się ku głównemu wejściu. Odrzucił kosmyk rudych włosów z czoła. Nawet w tak kiepskim świetle, jego rdzawy kolor włosów mienił się niesamowicie ładnie.
To miejsce przeżyło już lata swojej świetności. Poniszczona boazeria i zdrapany parkiet, z pewnością nie zachwycały gości. James chwilę rozmawiał z przysadzistą recepcjonistką, z kilogramem tapety na twarzy. Wyraźnie było widać, że nadgryzł ją ząb czasu.
- Chodź Sussanne – zawołał, wychodząc na zewnątrz. Szliśmy wzdłuż małych domków o powierzchni nie większej niż cela dla więźnia. No, może przesadzam. James wysunął kieszeni mały, złoty kluczyk i przekręcił go w zamku starych, zeschniętych drzwi.
- I jaki jest twój plan? Mamy tutaj spędzić całe życie trzęsąc majtkami, żeby nas tylko nikt nie znalazł? – spytałam siadając na krześle, koło drewnianego stolika. Zaraz przysiadł się James.
- Posłuchaj mnie. To jest twój wybór. Słuchasz się mnie i żyjesz, albo wracasz do miasta i wpadasz w ręce mafii? Zapewniam Cię, że już czekają w twoim mieszkaniu, pod kamienicą. Są wszędzie i tylko czekają, aż się pokażesz. Więc jak? – spytał
- Chyba gorzej już być nie może… - mruknęłam i pokiwałam głową, na znak, że się zgadzam.
- A teraz idź przemyj usta, bo nieźle dostałaś. – ponaglił.
Faktycznie. Z ust sączyła się krew. To musiał być prezent od Petera. Odkręciłam wodę w kranie, podkładając ręce pod ciepły strumień wody. Opłukałam ranę parę razy, oglądając ją jeszcze dokładnie.
Wyszłam z łazienki i położyłam się do łóżka.
***
Następnego dnia James zerwał mnie o świcie, była piąta, może szósta rano. Po wyjściu z domku uderzyło mnie lodowate powietrze. Wsiedliśmy do samochodu. Całą drogę prawie nie rozmawialiśmy. Mijaliśmy wsie i lasy. Tyłek zaczął mnie boleć od siedzenia, a nogi powoli drętwieć.
- Długo jeszcze? – spytałam, odgarniając kosmyk włosów za ucho.
- Zaraz będziemy – powiedział wykonując kolejny manewr wymijania.
Piętnaście minut później byliśmy już na miejscu. Wygramoliłam się z samochodu. Nie mogłam uwierzyć własnym oczom. Nie, nie. Nie myślcie, że przyjechaliśmy do pięknej willi. To było ucieleśnienie najgorszych melin narkomanów. W tej chwili pragnęłam wrócić do tego starego motelu przy drodze. Był o niebo lepszy od tego, co stało przede mną.
- Chyba sobie żartujesz!? – warknęłam. – Myślisz ,że będę tu spała!? Chyba śnisz! Już wole mieszkać w lesie!– darłam się na Jamesa, który mówiąc szczerze miał mnie gdzieś.
- Nie wybrzydzaj, wchodź – mruknął i popchnął mnie kierunku wejścia.
- To chyba tu - powiedziałam sama do siebie i wyciągnęłam z kieszeni kurtki wymiętą kartkę. Zerknęłam na nią, porównując napis z tabliczką widniejącą na starym, zapewne opuszczonym magazynie. Przeszłam przez dziurę w płocie i udałam się w kierunku masywnych drzwi. Ku mojemu zdziwieniu były otwarte. Czyżby na mnie czekali? Myślałam, że wszystko jest dobrze zaplanowane. Raz, dwa i będzie po sprawie. Potem tylko jeszcze nagłówek w podrzędnej gazecie o kolejnym morderstwie w NYC. W zasadzie nikt się tym już nie interesował. Nowy Jork, to miasto opuszczone przez Boga. Codziennie kogoś gwałcą, zabijają, porywają, ale dla nas to już rutyna. Peter, bo tak się chyba nazywał właściciel tego blaszanego syfu, miał być o tej porze w kasynie, jak co tydzień w piątkowy wieczór. Weszłam w głąb budynku, oświetlając sobie drogę latarką. Moim celem była pewna teczka. Nawet nie wiedziałam co w niej jest. Poczułam czyjś oddech na ramieniu. Stałam nieruchomo przez dobre dziesięć sekund. Myślałam, że będzie czysto. Niespodzianka, Sussanne.
- Zapewne Peter. Jak miło Cię widzieć. – Rzuciłam, starając się ukryć nerwowość mojego głosu. Serce waliło mi jak oszalałe, a poziom adrenaliny skutecznie przysłaniał pracę mojego mózgu.
- Zapewne Sussanne. Wiesz, czekałem na Ciebie. – Powiedział wprost do mojego ucha. Sekundę potem stał już przede mną. Chwyciłam go za kołnierz śnieżno-białej koszuli i przysunęłam pistolet w okolice jego żołądka. Miałam świadomość tego, że jeśli ja go nie sprzątnę, to on mnie. Wybacz, Peter, ja chcę jeszcze pożyć.
- Tak.. Chętnie bym sobie pogadała, ale mam interes, a ty mi go nie ułatwiasz. – pokręciłam głową, wzdychając cicho. – Miło było Cię poznać – dodałam.
- Nie, Sus. Tak się nie bawimy – wytrącił mi z dłoni pistolet i jednym ruchem ręki przewrócił na ziemię. – Tutaj panują moje zasady. Chyba nie myślałaś, że dam Ci zabrać coś tak cennego? – mruknął pochylając się nade mną i przyciskając moją szyję przedramieniem.
- Nie wiesz, do póki nie spróbujesz – wydusiłam odpychając go z całej siły. Nie dał za wygraną. Tym razem zacisnął dłonie wokół mojej szyi. Szamotaliśmy się jeszcze jakiś czas. Nie miałam szans, był dużo silniejszy. Jego dłonie coraz mocniej oplatały moją szyję odcinając dopływ powietrza. Czułam rozrywającą pustkę w płucach. W jednej chwili ciało Petera osunęło się bezwładnie na moje kolana. Krew cieknąca z rany postrzałowej potylicy, krwawiła mi spodnie. Siedziałam oniemiała. Kto miałby mnie uratować? Przez myśl przemknął mi Louis, jednak to nie był on…
- Wstawaj! Nie mamy czasu! – rozkazał nieznajomy, męski głos.
- Kim do cho… - nie zdążyłam dokończyć. Poczułam jak coś szarpnęło moją ręką, podrywając mnie do góry. Chwilę później biegłam. Nie wiedziałam gdzie. Prowadziła mnie dłoń nieznanego mi mężczyzny. Wybiegliśmy na zewnątrz. Chłopak wepchnął mnie do BMW w kolorze granitu, stojącego na ulicy, a sam zajął miejsce kierowcy.
Teraz mogłam mu się lepiej przyjrzeć. Był szczupły, na oko koło dwudziestu pięciu lat. Ruda grzywka opadała mu na błękitne oczy. Twarz miał chudą, łyżkowatą z nieco kamiennym wyrazem.
- Możesz mi wytłumaczyć co się dzieje? Kim ty w ogóle jesteś? – zaczęłam pytać, nieświadomie marszcząc czoło.
- James. – rzucił, gwałtownie skręcając w lewo, co spowodowało, że wylądowałam na szybie. – Może tak jakieś hm, dziękuje? W końcu gdyby nie ja, już leżałabyś martwa. – dodał, zerkając na mnie ukradkiem.
- Sama dałabym sobie radę! Nie potrzebowałam twojej pomocy supermenie! – Warknęłam. W tym samym czasie zapięłam pas, nie miałam zamiaru zginąć na którymś z zakrętów.
- Widzisz Sussanne, mamy ze sobą wiele wspólnego – Czułam się jak bohaterka „Pokoju 6” – Przestałaś być bezinteresowną maszyną do zabijania. Na twoim miejscu uważałbym na słowa. Gdybyś trzymała język za zębami, nie szukałaby cię nowojorska mafia.
- Skąd to wszystko wiesz? Dokąd mnie wieziesz? Wysadź mnie, poradzę sobie. – zażądałam.
- Wiem więcej niż Ci się wydaje. Mam zamiar Ci pomóc. – powiedział. Jego twarz wyglądała teraz tak poważnie. – Już jesteśmy- oznajmił
Wjechaliśmy na parking jakiegoś małego, przydrożnego moteliku. Stare, stalowe tablice wyżerane powoli przez korozję. Na parkingu stały zaledwie dwa samochody, biorąc pod uwagę, że zmieściło by się na nim 150 aut, wysnułam wniosek, że nie cieszy się popularnością.
- Nie mów, że będziemy tu spali – skrzywiłam się na widok zaniedbanego budynku. Ostatnią rzeczą jaką chciałam zrobić, było spanie w przydrożnym zajeździe dla pijaków.
- Nie powiem – wyprzedził mnie kierując się ku głównemu wejściu. Odrzucił kosmyk rudych włosów z czoła. Nawet w tak kiepskim świetle, jego rdzawy kolor włosów mienił się niesamowicie ładnie.
To miejsce przeżyło już lata swojej świetności. Poniszczona boazeria i zdrapany parkiet, z pewnością nie zachwycały gości. James chwilę rozmawiał z przysadzistą recepcjonistką, z kilogramem tapety na twarzy. Wyraźnie było widać, że nadgryzł ją ząb czasu.
- Chodź Sussanne – zawołał, wychodząc na zewnątrz. Szliśmy wzdłuż małych domków o powierzchni nie większej niż cela dla więźnia. No, może przesadzam. James wysunął kieszeni mały, złoty kluczyk i przekręcił go w zamku starych, zeschniętych drzwi.
- I jaki jest twój plan? Mamy tutaj spędzić całe życie trzęsąc majtkami, żeby nas tylko nikt nie znalazł? – spytałam siadając na krześle, koło drewnianego stolika. Zaraz przysiadł się James.
- Posłuchaj mnie. To jest twój wybór. Słuchasz się mnie i żyjesz, albo wracasz do miasta i wpadasz w ręce mafii? Zapewniam Cię, że już czekają w twoim mieszkaniu, pod kamienicą. Są wszędzie i tylko czekają, aż się pokażesz. Więc jak? – spytał
- Chyba gorzej już być nie może… - mruknęłam i pokiwałam głową, na znak, że się zgadzam.
- A teraz idź przemyj usta, bo nieźle dostałaś. – ponaglił.
Faktycznie. Z ust sączyła się krew. To musiał być prezent od Petera. Odkręciłam wodę w kranie, podkładając ręce pod ciepły strumień wody. Opłukałam ranę parę razy, oglądając ją jeszcze dokładnie.
Wyszłam z łazienki i położyłam się do łóżka.
***
Następnego dnia James zerwał mnie o świcie, była piąta, może szósta rano. Po wyjściu z domku uderzyło mnie lodowate powietrze. Wsiedliśmy do samochodu. Całą drogę prawie nie rozmawialiśmy. Mijaliśmy wsie i lasy. Tyłek zaczął mnie boleć od siedzenia, a nogi powoli drętwieć.
- Długo jeszcze? – spytałam, odgarniając kosmyk włosów za ucho.
- Zaraz będziemy – powiedział wykonując kolejny manewr wymijania.
Piętnaście minut później byliśmy już na miejscu. Wygramoliłam się z samochodu. Nie mogłam uwierzyć własnym oczom. Nie, nie. Nie myślcie, że przyjechaliśmy do pięknej willi. To było ucieleśnienie najgorszych melin narkomanów. W tej chwili pragnęłam wrócić do tego starego motelu przy drodze. Był o niebo lepszy od tego, co stało przede mną.
- Chyba sobie żartujesz!? – warknęłam. – Myślisz ,że będę tu spała!? Chyba śnisz! Już wole mieszkać w lesie!– darłam się na Jamesa, który mówiąc szczerze miał mnie gdzieś.
- Nie wybrzydzaj, wchodź – mruknął i popchnął mnie kierunku wejścia.
Rozdział II - SAMA
Przekręciłam klucz w zamku rozeschniętych drzwi. Odepchnęłam je prawą ręką i władowałam się do środka. W mieszkaniu było niesamowicie ciemno, z trudem znalazłam włącznik światła. Rozebrałam się i weszłam pod prysznic. Chciałam zmyć z siebie cały ten niewidzialny brud, który ciążył na mojej skórze. Krople krwi z moich dłoni spływały wprost do odpływu. Oparłam się plecami o zimne płytki, odchylając głowę do tyłu. Woda nadal tryskała gorącym strumieniem na moje nogi. Stałam tak bez ruchu jeszcze jakiś czas, rozmyślając o Bóg wie czym.
Wyszłam i owinęłam się polarowym ręcznikiem, kierując się w stronę sypialni. Czułam jak woda sączy mi się z kosmyków włosów w odcieniu czekolady, przechodzącego w rudawy. Usiadłam na łóżku podciągając nogi pod brodę. I wtedy zdarzyło się coś, co wcześniej nie miało miejsca. Po policzku pociekła mi łza. Było to dla mnie całkiem nowe uczucie. Broda mimowolnie zaczęła mi drżeć, a zęby z cichym stukotem uderzać jedne o drugie. Opuszkiem palca dotknęłam owej kropli. Nigdy jeszcze nie płakałam, tym bardziej nie płakałam bez powodu. Uderzyła kolejna fala łez, zbierających się na moich powiekach a następnie spływających jedna za drugą. Byłam przekonana, że to mi pomoże…
Następnego dnia nie czułam się ani trochę lepiej. Zaczęłam przyglądać się mojemu mieszkaniu. Była to kawalerka w jednej z dzielnic Nowego Jorku. Wokół roiło się od różnej maści bloków i starych biurowców. Wychodząc na balkon, o ile można to tak nazwać, nie dane było zobaczyć nic oprócz wąskiego przesmyku między budynkami, w której przesiadywali bezdomni i alkoholicy. Samo mieszkanie nie było zbyt obszerne, jak na kawalerkę przystało. Mały salon, z którego nigdy nie korzystałam przecinał aneks kuchenny. Wąski korytarzyk prowadził do mojej sypialni oraz łazienki na jego końcu. Nie narzekałam. I tak nie bywam tu często. Włóczę się od melin gangsterów po pięciogwiazdkowe apartamenty w Ritz’u, gdzie mieszkają najwięksi mafijni szefowie. Mój cały świat opiera się na tej grupie społecznej. Bez nich nie miałabym tej brudnej roboty, a gdyby nie ona nie wiem co bym miała… Nigdy nie spotkałabym Louisa. Czasami wydaje mi się, że jestem częścią gry, w której jestem tylko pionkiem. Nie widzę innego sensu mojego istnienia. Jak widać Bóg miał wobec mnie dziwny plan, za co mu jeszcze podziękuje. Może jestem wysłannicą Szatana? Nic już nie wiem. Wiem tylko co umiem robić najlepiej i na razie się tego trzymam.
Rozległo się donośne pukanie do drzwi. Poderwałam się z miejsca i udałam się wąskim korytarzykiem ku wejściu. Przekręciłam pare zamków zabezpieczających, miałam na ich punkcie małą obsesję, bo wiedziałam, że w moim zawodzie zdarzyć się może wszystko. Uchyliłam drzwi dosłownie na 20 centymetrów, ściskając w prawej dłoni pistolet, który chowałam za plecami. Po drugiej stronie stał wysoki blondyn, stanowczo nie w moim typie. Wyglądem przypominał homoseksualistę. Ta myśl nie byłaby taka głupia, to by wyjaśniało idealnie gładką cerę i lśniące włosy. Nie był rozbudowany, wręcz przeciwnie: drobna twarz, kształtem przypominająca łyżkę, wąskie ramiona i nieprzyzwoicie piękne dłonie.
- Sussanne? – spytał mrużąc oczy, przy okazji lustrując mnie wzrokiem od góry do dołu. Wyglądało to jakby chciał mnie swoimi błękitnymi oczami przejrzeć na wylot. Chyba jednak przyglądał się moim nogom. Byłam ubrana, a właściwie miałam na sobie, bo nie można było tego nazwać ubraniem, czarne figi i koszulę w kratę, która niemal zakrywała moje pośladki.
- My się znamy? – rzuciłam przechylając lekko głowę, na której nosiłam artystyczny nieład pozostały po nocy.
- Wpuścisz mnie? – naciskał. Widać było gołym okiem, że nie należał do cierpliwych. Odłożyłam pistolet do szuflady komody, stojącej zaraz przy wejściu i otworzyłam drzwi na oścież. Teatralnie machnęłam ręką, usuwając się z przejścia.

- Więc… co Cię do mnie sprowadza? – spytałam opierając się o futrynę. Chłopak wyminął mnie i usiadł na kanapie. Co więcej czuł się jak u siebie. Za kogo on się uważa!? Miałam ochotę rzucić nim o ścianę lub cokolwiek innego byleby tylko zdjął te zabłocone glany z mojej kanapy. Jak widać czuł się bardzo swobodnie, bo w parę sekund po tym już leżał paląc skręta. No nie… Co on sobie wyobraża? Podeszłam do niego i zginając nogę przycisnęłam jego brzuch kolanem.
- Wygodnie? Gadaj, po co przyszedłeś, bo nie mam zamiaru dłużej Cię tolerować. – rzuciłam odgarniając włosy z czoła.
- Proszę Sussanne, nie zabijaj mnie! – mówił z chytrym uśmieszkiem na anielskiej twarzy. Przez chwilę myślałam, że robi mi na złość ale potem dotarło do mnie, że jest naćpany. Wcześniej nie zwróciłam na to uwagi.
- Podnoś ten swój chudy tyłek i za minutę ma cie tu nie być. – zagroziłam nachylając się nad nim.
- Ach tak, do rzeczy. Will kazał mi przekazać, że czeka na ciebie na 13th Avenue. Chyba wiesz, że masz być sama, złotko. Nie chcemy żeby komuś stała się krzywda – powiedział wstając i podchodząc do mnie niebezpiecznie blisko. Gwałtownie przysunął się do mnie i pocałował. Nie był to miły pocałunek jak na wszystkich romantycznych filmach, był za to nachalny a mimo to wspaniały. Zdecydowanym ruchem odepchnęłam go od siebie, uderzając w twarz.
- To za maniery i powiedz Willowi, żeby czekał na mnie w Heaven. Nie lubię niespodzianek – mruknęłam wypychając go za drzwi.
- Pamiętaj, za godzinę! – krzyknął schodząc po betonowych schodach na klatce.
- Taa – mruknęłam zamykając drzwi.
Will był największą szychą w mieście. Ludzie omijali go szerokim łukiem, wiedząc że może się to dla nich skończyć wąchaniem kwiatków od spodu. Ja traktowałam go jak zwykłego kumpla. Zdążyłam się już do niego przyzwyczaić. Znaliśmy się dosyć długo, gdyby nie to, za „takie” traktowanie dawno by mnie sprzątnął. Louis często powtarzał mi żebym sobie tak nie pozwalała, bo z Willem nie ma żartów i trzeba uważać na to, co się mówi. Nigdy nie brałam na serio tego gadania Louisa, a mimo to starałam się uważać. Ten kto nie znał Willa, mógłby powiedzieć, że jest dyrektorem jakiejś prestiżowej firmy, posiadającym żonę i dwoje dzieci. Był przy kości, do tego łysiejącym, pyzowatym 40-o latkiem.
Mijałam właśnie Brooklyn. Słońce przygrzewało, aż żałowałam, że w taki dzień musze załatwiać interesy. Wreszcie dotarłam do kawiarni, mieszczącej się na rogu 7th i 14th Avenue. Popchnęłam ciężkie drzwi i weszłam do środka. Spojrzałam znad ciemnych okularów i rozejrzałam się po lokalu. Przy stoliku umieszczonym w najciemniejszym kącie kawiarni siedział Will paląc cygaro. Podeszłam do niego i przysiadłam się.
- Co to za interes? – spytałam rozglądając się, czy nikt nie słyszy.
- Witaj Sussanne – powiedział jak zwykle spokojnie wypuszczając dym z płuc. Jego cygaro pachniało niesamowicie ładnie. Jak kakao. – Tak, mam jedną sprawę… - ciągnął dalej. Po granitowym stoliku posunęła czarna teczka.
- Kolejny zalegający z długiem przedsiębiorca, czy niewygodny konkurent? – spytałam obracając teczkę w ręku.
- Nie musisz wiedzieć, masz tylko wykonywać swoją pracę – rzucił zaciągając się cygarem.
- Jasne… - przytaknęłam przeglądając zawartość teczki
- Tym razem pójdziesz sama… Mam nadzieję, że wyjdziesz z tego cało. – powiedział zaglądając mi w oczy.
- Wątpisz we mnie? Robie to od lat, nie rozśmieszaj mnie – prychnęłam, chociaż trochę się bałam. Nigdy jeszcze nie byłam zupełnie sama. Kto wie, może tym razem to nie ja miałam zabić? Może mam być tylko ofiarą? Wsunęłam teczkę do torby i wstałam od stolika.
- Powodzenia – mruknął, jakby od niechcenia Will. Nie odpowiedziałam mu. Wyszłam z kawiarni i złapałam taksówkę.
Wyszłam i owinęłam się polarowym ręcznikiem, kierując się w stronę sypialni. Czułam jak woda sączy mi się z kosmyków włosów w odcieniu czekolady, przechodzącego w rudawy. Usiadłam na łóżku podciągając nogi pod brodę. I wtedy zdarzyło się coś, co wcześniej nie miało miejsca. Po policzku pociekła mi łza. Było to dla mnie całkiem nowe uczucie. Broda mimowolnie zaczęła mi drżeć, a zęby z cichym stukotem uderzać jedne o drugie. Opuszkiem palca dotknęłam owej kropli. Nigdy jeszcze nie płakałam, tym bardziej nie płakałam bez powodu. Uderzyła kolejna fala łez, zbierających się na moich powiekach a następnie spływających jedna za drugą. Byłam przekonana, że to mi pomoże…
Następnego dnia nie czułam się ani trochę lepiej. Zaczęłam przyglądać się mojemu mieszkaniu. Była to kawalerka w jednej z dzielnic Nowego Jorku. Wokół roiło się od różnej maści bloków i starych biurowców. Wychodząc na balkon, o ile można to tak nazwać, nie dane było zobaczyć nic oprócz wąskiego przesmyku między budynkami, w której przesiadywali bezdomni i alkoholicy. Samo mieszkanie nie było zbyt obszerne, jak na kawalerkę przystało. Mały salon, z którego nigdy nie korzystałam przecinał aneks kuchenny. Wąski korytarzyk prowadził do mojej sypialni oraz łazienki na jego końcu. Nie narzekałam. I tak nie bywam tu często. Włóczę się od melin gangsterów po pięciogwiazdkowe apartamenty w Ritz’u, gdzie mieszkają najwięksi mafijni szefowie. Mój cały świat opiera się na tej grupie społecznej. Bez nich nie miałabym tej brudnej roboty, a gdyby nie ona nie wiem co bym miała… Nigdy nie spotkałabym Louisa. Czasami wydaje mi się, że jestem częścią gry, w której jestem tylko pionkiem. Nie widzę innego sensu mojego istnienia. Jak widać Bóg miał wobec mnie dziwny plan, za co mu jeszcze podziękuje. Może jestem wysłannicą Szatana? Nic już nie wiem. Wiem tylko co umiem robić najlepiej i na razie się tego trzymam.
Rozległo się donośne pukanie do drzwi. Poderwałam się z miejsca i udałam się wąskim korytarzykiem ku wejściu. Przekręciłam pare zamków zabezpieczających, miałam na ich punkcie małą obsesję, bo wiedziałam, że w moim zawodzie zdarzyć się może wszystko. Uchyliłam drzwi dosłownie na 20 centymetrów, ściskając w prawej dłoni pistolet, który chowałam za plecami. Po drugiej stronie stał wysoki blondyn, stanowczo nie w moim typie. Wyglądem przypominał homoseksualistę. Ta myśl nie byłaby taka głupia, to by wyjaśniało idealnie gładką cerę i lśniące włosy. Nie był rozbudowany, wręcz przeciwnie: drobna twarz, kształtem przypominająca łyżkę, wąskie ramiona i nieprzyzwoicie piękne dłonie.
- Sussanne? – spytał mrużąc oczy, przy okazji lustrując mnie wzrokiem od góry do dołu. Wyglądało to jakby chciał mnie swoimi błękitnymi oczami przejrzeć na wylot. Chyba jednak przyglądał się moim nogom. Byłam ubrana, a właściwie miałam na sobie, bo nie można było tego nazwać ubraniem, czarne figi i koszulę w kratę, która niemal zakrywała moje pośladki.
- My się znamy? – rzuciłam przechylając lekko głowę, na której nosiłam artystyczny nieład pozostały po nocy.
- Wpuścisz mnie? – naciskał. Widać było gołym okiem, że nie należał do cierpliwych. Odłożyłam pistolet do szuflady komody, stojącej zaraz przy wejściu i otworzyłam drzwi na oścież. Teatralnie machnęłam ręką, usuwając się z przejścia.
- Więc… co Cię do mnie sprowadza? – spytałam opierając się o futrynę. Chłopak wyminął mnie i usiadł na kanapie. Co więcej czuł się jak u siebie. Za kogo on się uważa!? Miałam ochotę rzucić nim o ścianę lub cokolwiek innego byleby tylko zdjął te zabłocone glany z mojej kanapy. Jak widać czuł się bardzo swobodnie, bo w parę sekund po tym już leżał paląc skręta. No nie… Co on sobie wyobraża? Podeszłam do niego i zginając nogę przycisnęłam jego brzuch kolanem.
- Wygodnie? Gadaj, po co przyszedłeś, bo nie mam zamiaru dłużej Cię tolerować. – rzuciłam odgarniając włosy z czoła.
- Proszę Sussanne, nie zabijaj mnie! – mówił z chytrym uśmieszkiem na anielskiej twarzy. Przez chwilę myślałam, że robi mi na złość ale potem dotarło do mnie, że jest naćpany. Wcześniej nie zwróciłam na to uwagi.
- Podnoś ten swój chudy tyłek i za minutę ma cie tu nie być. – zagroziłam nachylając się nad nim.
- Ach tak, do rzeczy. Will kazał mi przekazać, że czeka na ciebie na 13th Avenue. Chyba wiesz, że masz być sama, złotko. Nie chcemy żeby komuś stała się krzywda – powiedział wstając i podchodząc do mnie niebezpiecznie blisko. Gwałtownie przysunął się do mnie i pocałował. Nie był to miły pocałunek jak na wszystkich romantycznych filmach, był za to nachalny a mimo to wspaniały. Zdecydowanym ruchem odepchnęłam go od siebie, uderzając w twarz.
- To za maniery i powiedz Willowi, żeby czekał na mnie w Heaven. Nie lubię niespodzianek – mruknęłam wypychając go za drzwi.
- Pamiętaj, za godzinę! – krzyknął schodząc po betonowych schodach na klatce.
- Taa – mruknęłam zamykając drzwi.
Will był największą szychą w mieście. Ludzie omijali go szerokim łukiem, wiedząc że może się to dla nich skończyć wąchaniem kwiatków od spodu. Ja traktowałam go jak zwykłego kumpla. Zdążyłam się już do niego przyzwyczaić. Znaliśmy się dosyć długo, gdyby nie to, za „takie” traktowanie dawno by mnie sprzątnął. Louis często powtarzał mi żebym sobie tak nie pozwalała, bo z Willem nie ma żartów i trzeba uważać na to, co się mówi. Nigdy nie brałam na serio tego gadania Louisa, a mimo to starałam się uważać. Ten kto nie znał Willa, mógłby powiedzieć, że jest dyrektorem jakiejś prestiżowej firmy, posiadającym żonę i dwoje dzieci. Był przy kości, do tego łysiejącym, pyzowatym 40-o latkiem.
Mijałam właśnie Brooklyn. Słońce przygrzewało, aż żałowałam, że w taki dzień musze załatwiać interesy. Wreszcie dotarłam do kawiarni, mieszczącej się na rogu 7th i 14th Avenue. Popchnęłam ciężkie drzwi i weszłam do środka. Spojrzałam znad ciemnych okularów i rozejrzałam się po lokalu. Przy stoliku umieszczonym w najciemniejszym kącie kawiarni siedział Will paląc cygaro. Podeszłam do niego i przysiadłam się.
- Co to za interes? – spytałam rozglądając się, czy nikt nie słyszy.
- Witaj Sussanne – powiedział jak zwykle spokojnie wypuszczając dym z płuc. Jego cygaro pachniało niesamowicie ładnie. Jak kakao. – Tak, mam jedną sprawę… - ciągnął dalej. Po granitowym stoliku posunęła czarna teczka.
- Kolejny zalegający z długiem przedsiębiorca, czy niewygodny konkurent? – spytałam obracając teczkę w ręku.
- Nie musisz wiedzieć, masz tylko wykonywać swoją pracę – rzucił zaciągając się cygarem.
- Jasne… - przytaknęłam przeglądając zawartość teczki
- Tym razem pójdziesz sama… Mam nadzieję, że wyjdziesz z tego cało. – powiedział zaglądając mi w oczy.
- Wątpisz we mnie? Robie to od lat, nie rozśmieszaj mnie – prychnęłam, chociaż trochę się bałam. Nigdy jeszcze nie byłam zupełnie sama. Kto wie, może tym razem to nie ja miałam zabić? Może mam być tylko ofiarą? Wsunęłam teczkę do torby i wstałam od stolika.
- Powodzenia – mruknął, jakby od niechcenia Will. Nie odpowiedziałam mu. Wyszłam z kawiarni i złapałam taksówkę.
Rozdział I - PRZEBUDZENIE
Leżałam na łóżku ze spuszczoną dłonią. Wskazującym palcem niemal dotykałam mahoniowej podłogi. Czułam chłód, jaki muskał moje plecy. Moje oczy zdawały się nie mieć gdzie podziać. Taka była moja codzienność, kiedy nie miałam żadnego zlecenia. Machine for killing - tak siebie nazywałam. Zabijałam ludzi nie dla własnego „widzi mi się”, ale taka była moja… praca. Czułam się równie bezwartościowa co prostytutka czy narkoman. Robię to odkąd pamiętam. Teraz widok zwłok i ludzkiej krwi jest mi kompletnie obojętny. To część mojego cholernego, beznadziejnego życia. Po pokoju rozległo się skrzypienie zawiasów w drzwiach, które przepuściły jakąś osobę. Słyszałam każdy krok owej postaci zbliżającej się w moją stronę.
- Sussanne, przestań się tak katować. Jest środek zimy – powiedział narzucając mi koc na plecy.
Louis był moim jedynym przyjacielem, jedyną osobą, którą darzyłam zaufaniem. Był też moim partnerem. Razem zabijaliśmy „grube(przy okazji niewygodne) ryby”, czy kogo tam siła wyższa miała w planie. Czasami wydaje mi się, że traktuje mnie jak młodszą siostrę, Część rodziny, której nie mamy. A przynajmniej tak nam się wydaje. Nie wiemy nic o naszej przeszłości, zupełnie jakby ktoś wymazał część naszych wspomnień.
- Daj mi spokój, Louis. – rzuciłam bezpłciowo. Nie miałam siły żeby wdać się z nim w kłótnie.
Usiadł przy moim łóżku. Milczał. Dla mnie było to nawet lepiej. Liczyło się dla mnie tylko to, że ktoś jest przy mnie. Nawet tak podły człowiek, niemający skrupułów żeby zbijać niewinne osoby jak ja, miał jakieś uczucia.
- Mogę Cię o coś spytać? – mruknęłam przekręcając się na bok, żeby mieć dobry punkt widzenia. Księżyc zakreślał jego chude, a mimo to, silne ramiona oraz tors, który w tym świetle wyglądał jak posąg. Był taki… idealny. Często zastanawiałam się, co tak właściwie czuje do Louisa.
- Tak? – spytał wyrwany z zamyślenia, kierując wzrok w moją stronę.
- Dla kogo my właściwie pracujemy? Zawsze to ty mi mówisz, co i kiedy mamy zrobić. Skoro już zabijam ludzi, to chyba mogę wiedzieć w imię czego? – powiedziałam czując narastający we mnie gniew. Czekałam na odpowiedź z wymalowaną złością na twarzy.
- Przestań Sus. Mówiłem Ci już kiedyś – to nie ma znaczenia – powiedział łagodnie. Jego głos nie wyrażał żadnych emocji. Dźwięczny, męski głos, który zawsze mnie uspakajał. Ale nie tym razem. Teraz żądałam odpowiedzi, na coś, co już dawno powinnam wiedzieć.
- Jak to nie ma!? Ty znasz prawdę! Powiedz mi! – Ton mojego głosu z sekundy na sekundę stawał się donośniejszy, a ja bardziej zniecierpliwiona.
Louis milczał jakiś czas. Ciszę przerwał dźwięk komórki. Nie mojej. Chłopak wstał, kierując się do okna. Przyłożył telefon do ucha, odkręcając się do mnie plecami. Mówił szybko i cicho, tak że nic nie mogłam zrozumieć. Robił to specjalnie, mimo to wiedziałam, że prędzej czy później dowiem się co jest grane.
Louis schował komórkę do kieszeni ciemnych jeansów i kiwnął głową na znak, że mam wstać z łóżka.
- zbieraj się, mamy kolejne zlecenie – oznajmił krzyżując ręce na piersi.
Zsunęłam się z łóżka, pocierając dłońmi ramiona. Było cholernie zimno. Wsunęłam na siebie spodnie, wiedząc, że Louis cały czas mnie obserwuje, a mimo to nie czułam się ani trochę skrępowana, kiedy tak stał i patrzył się na moje niemal nagie ciało.
- Szybciej, nie mamy dużo czasu – ponaglił kierując się ku drzwi.
W biegu zarzuciłam na siebie kurtkę i pobiegłam za Louisem.
- Sussanne, przestań się tak katować. Jest środek zimy – powiedział narzucając mi koc na plecy.
Louis był moim jedynym przyjacielem, jedyną osobą, którą darzyłam zaufaniem. Był też moim partnerem. Razem zabijaliśmy „grube(przy okazji niewygodne) ryby”, czy kogo tam siła wyższa miała w planie. Czasami wydaje mi się, że traktuje mnie jak młodszą siostrę, Część rodziny, której nie mamy. A przynajmniej tak nam się wydaje. Nie wiemy nic o naszej przeszłości, zupełnie jakby ktoś wymazał część naszych wspomnień.
- Daj mi spokój, Louis. – rzuciłam bezpłciowo. Nie miałam siły żeby wdać się z nim w kłótnie.
Usiadł przy moim łóżku. Milczał. Dla mnie było to nawet lepiej. Liczyło się dla mnie tylko to, że ktoś jest przy mnie. Nawet tak podły człowiek, niemający skrupułów żeby zbijać niewinne osoby jak ja, miał jakieś uczucia.
- Mogę Cię o coś spytać? – mruknęłam przekręcając się na bok, żeby mieć dobry punkt widzenia. Księżyc zakreślał jego chude, a mimo to, silne ramiona oraz tors, który w tym świetle wyglądał jak posąg. Był taki… idealny. Często zastanawiałam się, co tak właściwie czuje do Louisa.
- Tak? – spytał wyrwany z zamyślenia, kierując wzrok w moją stronę.
- Dla kogo my właściwie pracujemy? Zawsze to ty mi mówisz, co i kiedy mamy zrobić. Skoro już zabijam ludzi, to chyba mogę wiedzieć w imię czego? – powiedziałam czując narastający we mnie gniew. Czekałam na odpowiedź z wymalowaną złością na twarzy.
- Przestań Sus. Mówiłem Ci już kiedyś – to nie ma znaczenia – powiedział łagodnie. Jego głos nie wyrażał żadnych emocji. Dźwięczny, męski głos, który zawsze mnie uspakajał. Ale nie tym razem. Teraz żądałam odpowiedzi, na coś, co już dawno powinnam wiedzieć.
- Jak to nie ma!? Ty znasz prawdę! Powiedz mi! – Ton mojego głosu z sekundy na sekundę stawał się donośniejszy, a ja bardziej zniecierpliwiona.
Louis milczał jakiś czas. Ciszę przerwał dźwięk komórki. Nie mojej. Chłopak wstał, kierując się do okna. Przyłożył telefon do ucha, odkręcając się do mnie plecami. Mówił szybko i cicho, tak że nic nie mogłam zrozumieć. Robił to specjalnie, mimo to wiedziałam, że prędzej czy później dowiem się co jest grane.
Louis schował komórkę do kieszeni ciemnych jeansów i kiwnął głową na znak, że mam wstać z łóżka.
- zbieraj się, mamy kolejne zlecenie – oznajmił krzyżując ręce na piersi.
Zsunęłam się z łóżka, pocierając dłońmi ramiona. Było cholernie zimno. Wsunęłam na siebie spodnie, wiedząc, że Louis cały czas mnie obserwuje, a mimo to nie czułam się ani trochę skrępowana, kiedy tak stał i patrzył się na moje niemal nagie ciało.
- Szybciej, nie mamy dużo czasu – ponaglił kierując się ku drzwi.
W biegu zarzuciłam na siebie kurtkę i pobiegłam za Louisem.
Subskrybuj:
Komentarze (Atom)